Henry Armstrong

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość


avatar


Liczba postów : 3
Zobacz profil autora

PisanieTemat: Henry Armstrong   Wto Wrz 26, 2017 2:45 pm

Imię: Henry
Nazwisko: Armstrong
Pseudonim Loco
Płeć: Mężczyzna
Rasa: Człowiek
Wiek: 27
Grupa: Emersi
Ranga: Wojskowy, zwiadowca w randze Sierżanta
Miejsce zamieszkania: Tam gdzie każą stacjonować

Wygląd: Henry nie wyróżnia się zbytnio z tłumu. Jest wysoki, choć nie przesadnie, mierzy bowiem 188cm. Waży z kolei 80kg, co sprawia że jego postura idealnie wpisuje się w przeciętną. Ot niczym nie wyróżniający się facet, jakich tysiące mija się na ulicy. Jest oczywiście odpowiednio zbudowany jak na żołnierza przystało. Nie jest to jednak coś wyróżniającego, w końcu zgodnie z zaleceniami Partii każdy powinien o siebie dbać. Już bardziej wyróżnia go to, że nie posiada żadnych wspomagaczy ani protez. Jedyne, co może przyciągnąć czyjś wzrok to łukowata blizna pod lewym okiem, cieńsza na brzegach i gruba na środku.
Włosy krótkie i ciemne, podobnie broda, gdyż zwykle ma kilkudniowy zarost. Będąc na zwiadzie, zwykle w ukryciu, trudno znaleźć czas i miejsce na codzienne golenie. Oczy ma szaroniebieskie. Jedni patrząc na nie twierdzą, że są ciemnoniebieski, inni utrzymują że szare. Są też tacy, którzy przekonują, że to zależy od jego nastroju. On sam skwitował sprawę krótko "zależy jak światło pada".
Na sobie ma praktycznie zawsze wojskowy mundur w maskujących kolorach. Jeśli będąc w koszarach zdecyduje się zdjąć kurtkę wojskową, to pod nią jest szarozielona bluza. Oczywiście również z przydziału, własnych ubrań nie posiada.
Czy jest ładny czy brzydki? Albo jak ktoś woli przystojny, lub nie? Cóż, to zawsze zależy od indywidualnej opinii. Gdyby musiał sam siebie określić powiedziałby po prostu "normalny".

Charakter:
O charakterze Henrego niewielu może cokolwiek powiedzieć. Przyjaciół nie ma żadnych, jego otoczenie to tylko żołnierze dzielący się na 3 kategorie, przełożeni, podkomendni i pozostali. Pozostali są mu całkowicie obojętni. Przełożonych traktuje z należytym szacunkiem, choć jest gotów do luźniejszych rozmów o ile uzyska na to pozwolenie. Oczywiście pula tematów na jakie rozmawia jest ograniczona do wojny i wojskowości. Stosunek do podkomendnych trafnie określił pewien Major "dać mu rekruta w koszarach, to go zamęczy, dać mu rekruta na misje, to go uratuje." Wynika to bezpośrednio z jego podejścia do trwającego konfliktu. Uważa, że mamy wojnę, na razie podjazdową, ale totalna jest kwestią czasu. Wojnę trzeba wygrać i wrócić do domu, a to mogą zrobić tylko ci, którzy przeżyją, czyli twardzi żołnierze, nie znający strachu i gotowi zabijać bez wahania. Dlatego też stara się każdego rekruta (o ile jakiegoś dostanie pod swoje rozkazy) odpowiednio "utwardzić". Z kolei jeśli już wyruszy z kimś na misję zrobi wszystko by ten ktoś wrócił żywy. Nawet jeśli przez to on sam miałby wrócić w worku. Z tego też powodu zwykle jest posyłany na zwiad samotnie, co w niczym mu nie przeszkadza, gdyż samotność lubi.

Historia:
Henry urodził się jako pierwszy i jedyny syn żołnierza i lekarza. Większość powiedziałaby pewnie, żołnierza i lekarki, ale nie Henry. Ważne jest przecież co kto robi i jak to robi, a nie jakiej końcówki użyje się mówiąc o zawodzie.
W każdym razie jego ojciec był żołnierzem. Będąc po 40 dosłużył się nawet stopnia kapitana. Jego matka z kolei była lekarzem w Rule. Oboje, w przeciwieństwie do Henrego byli członkami Partii. Nie do końca byli tam z przekonania i nie udzielali się w żadne sposób, byli członkami bo to otwierało wiele drzwi.
Życie Henrego do 15 lat wyglądało dokładnie tak samo jak jego rówieśników. Nie zastanawiał się nawet kim chce być w przyszłości. Żył, żeby żyć, bez celu, planu czy marzeń.
Wszystko zmieniło się, kiedy otrzymał informacje o śmierci ojca. "Zginął jak bohater". Czy mówią tak każdemu? Pewnie tak, ale co do Johna Armstronga mieli rację. Zginął ratując swój oddział, czy może być lepsza śmierć dla żołnierza? Pośmiertnie został mianowany Majorem i dostał medal, natomiast jego syn otrzymał cel. Ludzkość straciła żołnierza i ludzkość żołnierza musiała otrzymać. Bilans zawsze musi się zgadzać.
Henry postanowił więc zostać żołnierzem. Jego matka pochwalała tą decyzję, jednak nie dane jej było zobaczyć syna w mundurze. Zmarła ledwie 2 lata po swoim mężu. Jako lekarz uratowała tysiące ludzi, leczyła setki tysięcy. Jej nikt nie potrafił uratować kiedy zaszła potrzeba. Zaraził ją jeden z pacjentów i po kilku dniach była martwa. Są procedury pewnie, ale wystarczy zła wstępna diagnoza i śmiertelnie chory pacjent zaraża. W pierwszej kolejności lekarza.
Po śmierci matki Henry wstąpił do Armii. Tam po pewnym czasie został zwiadowcą. Takich ludzi potrzebowano najbardziej, w końcu wojna polegała na tym, że patroluje się granice i od czasu do czasu patrole obu stron się ścierają.
Pierwszego wroga zabił mając 20 lat. Był to Serafin, który najprawdopodobniej (bo przecież nikt go nie przesłuchał) przeszukiwał z powietrza teren, który Henry miał patrolować.
Zwiadowca miał na swoim wyposażeniu друг oraz karabin snajperski Falcon. W starciu z latającym przeciwnikiem, znajdującym się daleko wybór mógł być tylko jeden. Wziął karabin wyborowy i długo celował, potem nacisnął spust i trafił przeciwnika w skrzydło. Ptaszysko runęło w dół i upadło kilkadziesiąt metrów od niego. Zarzucił karabin na plecy i z pistoletem w dłoni podszedł do przeciwnika. Serafin się nie ruszał, leżał z otwartymi oczami, a lewe skrzydło miał wyraźnie strzaskane pociskiem ze snajperki. Henry spojrzał stworzeniu w oczy i zrozumiał, że żyje. Oko się poruszyło. Natychmiast zaczął strzelać, a przeciwnik rzucił się na niego. Z następnych kilku sekund pamięta niewiele. Strzelał, wiedział że trafia, ale to nic nie dawało, próba uchylenia się, ciężko powiedzieć przed czym, a potem ból pod lewym okiem. Celem było oko to wiedział na pewno, na szczęście unik je uratował. Następnie władował w przeciwnika resztę magazynka. Część strzałów był celna, widział rany. Nie ufał jednak pistoletowi, już raz go zawiódł. Na początku trafił przynajmniej 2 razy, był tego pewien, a jednak przeciwnika to nie powstrzymało i Henry prawie stracił oko. Zmienił więc magazynek i władował w stwora kolejny. Potem załadował ostatni, trzeci magazynek i schował broń. Zdjął z pleców Falcona i władował stworzeniu z bliska kulę w głowę. Sprawa była załatwiona, Falcon był bronią, która zabijała, natomiast tego pistolecika nie miał zamiaru więcej używać. Potrzebował broni zapasowej, każdy snajper jej potrzebuje, gdyż karabin wyborowy jest praktycznie bezużyteczny na krótkim dystansie. Tyle, że друг się do tego kompletnie nie nadawał. Potrzebował broni, która powstrzyma przeciwnika jednym strzałem. Od tej pory używał więc pistoletu Nagan.
Choć był zwiadowcą nigdy nie używał systemu maskującego Phantom. Dlaczego? Bo sprzęt zawodzi, może się uszkodzić, mogą wyczerpać się baterie. Wtedy człowiek zdany na technologię staje się bezradny. Henry wierzył w proste rozwiązania, pistolet automatyczny? Skomplikowany mechanizm, wiele rzeczy może się popsuć. Rewolwer to broń dużo prostsza, a więc bardziej niezawodna. Podobnie zresztą jak karabin z zamkiem obrotowo-ślizgowym.
Dowódcy oczywiście nie raz proponowali mu użycie Phantoma. Za każdym razem była to jednak propozycja podczas luźnych rozmów, a nie rozkaz więc odpowiadał po prostu, "proszę przydzielić ten sprzęt świeżakom, im bardziej się przyda". Nie był to przejaw arogancji z jego strony, a chłodnej kalkulacji. Jeśli nauczy się teraz dobrze maskować bez wymyślnych sprzętów, to w razie wojny totalnej będzie on dodatkowym atutem, uzupełnieniem już posiadanych umiejętności. Jeśli się popsuje, to zawsze można będzie wrócić do starych metod. Natomiast gdyby od początku polegał tylko na sprzęcie, to po jego utracie byłby bezradny.
Zresztą słusznie zauważył, że ilość takiego sprzętu jest ograniczona. On sobie bez niego poradzi, inni już nie koniecznie, a wtedy będzie ich musiał ratować, tak jak to miało miejsce 2 lata temu.
Miał wtedy 25 lat i by ledwie kapralem. O awans się nigdy nie starał, więc i rangi nie miał imponującej.
Zadanie wydawało się względnie proste. Niedaleko placówki kręciła się jakaś kobieta, przy próbie identyfikacji uciekła raniąc, na szczęście lekko dwuosobowy patrol. Była Runą, on miał ją wytropić i zabić, zadanie więc wydawało się proste. Do czasu aż nie usłyszał reszty. W kierunku gdzie uciekła Runa donoszono o aktywności Serafin, co mogło sugerować współprace. Jeśli różne stwory współpracują ze sobą to jest źle, bardzo źle. Niestety, potem było jeszcze gorzej, okazało się, że w pościg za Runą ruszyło już 4 nowicjuszy, w tym (o zgrozo) jedna kobieta. To co usłyszał na koniec go dobiło i utwierdziło w przekonaniu, że dobrze zrobił nie przystępując do Partii. "Zadanie główne, zabić Runę, zadanie poboczne, zabić wszystkie Serafiny lub zmusić je do opuszczenia naszej przestrzeni powietrznej". Co z 4 osobowym oddziałem? "ratowanie go nie jest celem misji".
Henry szybko zrozumiał o co w tym chodziło. Dzieciaki były przynętą. Przynęta musiała być duża, 4 osobowy oddział to już smakowity kąsek, nie to co pojedynczy wojak. Do tego strata rekrutów to żaden koszt, natomiast stracenie dobrych żołnierzy byłoby kosztowne. Mogli powiedzieć Henremu wcześniej, posłać 5 osobowy oddział, ale on był cenny. Był dobrym zwiadowcom, a takiego szkoda tracić. Zwłaszcza, że wszystko wskazywało na to, że Runa wciągnie pościg w pułapkę. Henry to rozumiał, wiedział też, że w pewien sposób ma to sens. Przeciwnik atakuje przynętę, on z daleka zdejmuje atakujących. Tyle, że przynęta powinna wiedzieć, że nią jest! Powinna mieć szansę na przeżycie! Szansa tej przynęty była marna.
Wyruszył natychmiast i biegł najszybciej jak potrafił. Posłanie świeżaków miało swoje plusy, on biegał szybciej i był sam, tamci musieli dostosować swoje tempo do kobiety, czyli powinni poruszać się wolno.
Postanowił przemieszczać się po wzniesieniach, by widzieć na większą odległość i wypatrzyć odział. Po kilku godzinach udało mu się ich dogonić. Widział wyraźnie w odległości kilometra cztery osoby atakowane przez 4 ptaszyska. Żołnierze strzelali próbując się bronić, ale celność ich ostrzału była łagodnie mówiąc żadna, marnowali tylko amunicję, próbując trafić w daleki i szybki cel.
Po krótkiej obserwacji Armstrong zrozumiał, że Serafiny wcale nie atakują. Zapędzają za to swoje ofiary do wąwozu, zmuszając jednocześnie przeciwników do wystrzelania całej amunicji. Spanikowani ludzie najpewniej wkrótce to zrobią i będą całkowicie bezbronni. Henry musiał szybko coś zrobić. Postanowił zdjąć jednego ptaka. To powinno przerwać atak Serafin i nieco uspokoić osaczonych. Długo i starannie celował, po czym nacisnął spust. Nie przyglądał się efektowi swojej pracy, wiedział że trafił, a przeciwnik leci w dół. Zabił czy zranił, bez znaczenia, przeciwnik był wyeliminowany. Później dowiedział się, że szczęśliwie trafił prosto w serce.
Teraz nie było jednak czasu na rozmyślanie gdzie trafił, zostały jeszcze trzy cele. Wycelował jeszcze raz i strzelił. Pudło. Pierwszy raz miał dużą przewagę, przeciwnik nie spodziewał się ostrzału innego niż od otoczonego oddziału. Dodatkowo, co by nie gadać miał zwyczajnie mnóstwo szczęścia. Wystrzelił trzeci raz i znów nie trafił.
Kolejny raz nie strzelał. Oddział wystrzelał już całą amunicję, był bezbronny. On nie był wstanie zdjąć kolejnego ptaka. Dodatkowo zrozumiał, że to nie ma sensu. Serafiny nie były groźne. Były słabe, tak samo jak 4 osobowy oddziałek. Prawdziwym przeciwnikiem była Runa i to do niej byli zapędzani ludzie. Czekała na swoje ofiary w wąwozie, a żołnierze nie mieli amunicji. Jeden atak ogniem i wszyscy zostaną spaleni żywcem.
Henry nie mógł do tego dopuścić. Musiał podjąć decyzję szybko. Na miejsce mógł dotrzeć na 2 sposoby. Prostą drogą wtedy dojdzie na skraj 10 metrowej pionowej ściany, albo naokoło, wtedy wbiegnie tak jak żołnierze. Tyle, że będzie już pewnie za późno. Odrzucił karabin i ruszył sprintem. Falcon był za ciężki, ograniczał ruchy, zresztą Serafiny nie są głupie nie wystawią się na strzał, ale jeśli zacznie celować z karabinu do Runy, podlecą i zaatakują. Zostawał więc Nagan.
Dobiegając do urwiska zdał sobie sprawę, że z Nagana też nie da rady wycelować. Musiałby wychylić się za krawędź i starannie wycelować, a na to Serafiny nie pozwolą. Została kompletnie szalona, trzecia opcja.
Biegnąc oddał dwa strzały w kierunku Serafin. Oba chybione, co i nie dziwne gdyż nawet nie starał się celować. Chciał jedynie je nieco odgonić, gdyż wszystkie 3 skupiły się na nim. W ciasnym wąwozie nie miały co robić. Ale skoro były już tutaj znaczyło, że czas się kończy. Albo już skończył...
Na szczęście nie, zobaczył kontem oka, że Runa dopiero zapala zapalniczkę. Nie czekał dłużej, skoczył.
Tak, w 10 metrowy wąwóz. Z Naganem wycelowanym w Runę, która w każdej sekundzie mogła spopielić wszystko w koło. Przezwisko Loco, nie bierze się z niczego...
Chociaż czy takie szalone jest to co się udaje? Nim uderzył o dno wąwozu oddał trzy strzały. W tym aż dwa celne, a z tej broni wystarczyłby najprawdopodobniej jeden. Runa zabita, ludzie uratowani, misja wykonana.
No tak, zostaje kwestia co z Henrym. Wielu ludzi spadając z 10 metrów stałoby się kalekami, albo nawet zmarło. Choć to zawsze zależy na co się upada i w jaki sposób, można się potknąć o własne nogi, uderzyć głową o beton i umrzeć. Można też spaść z kilkuset metrów na stóg siana i przeżyć. No chyba, że w stogu były widły...
Henry upadł na bok, na w miarę miękką ziemię i skończyło się na paru pękniętych żebrach i wielu siniakach. Nawet sobie nic nie złamał.
W koszarach czekały na niego 2 nagrody. Po pierwsze awans na Sierżanta, z niedwuznaczną sugestią, że bez wstąpienia do Partii wyższego stopnia nie dostanie. Choćby uratował setkę żołnierzy. Nikt też oczywiście nie miał pretensji o to co zrobił. Rozkaz wykonał idealnie. Zabił Runę, zabił jednego Serafina, a pozostałe 3 odleciały. Zadanie wykonane w 100%.
Drugą "nagrodą" było przezwisko "Loco". Było z języka jakiego Armstrong nie znał, ale dowiedział się, że znaczy "szalony".
Przez ostatnie 2 lata, głównie się nudził. Ludzi pod rozkazy nie dostawał, a na patrolach nic szczególnego się nie działo.

Dodatkowe:
-Zna Angielski (język rodzinny) oraz kilka zwrotów w rosyjskim, zwroty grzecznościowe plus jakże przydatne "Vodka".
-Na zwiad zawsze nosi piersiówkę ze wspomnianym trunkiem.
-Nie jest członkiem Partii i w nią nie wierzy. Wierzy w ludzkość, a Partię uważa za złe lecz konieczne rozwiązanie. Ba gotów jest ją bronić przed opozycją, chyba że zaczęłaby prowadzić ludzkość ku przepaści.
-Szczególnie nie znosi Serafin.
-Nie popiera wspomagania się technologią. Jest zdania, że ludzie powinni umieć radzić sobie bez niej. Powinna być rezerwą, swego rodzaju tajną bronią, po którą ludzie sięgną by zyskać przewagę w decydującym momencie. Dobry żołnierz wspomagany technologią to wspaniały żołnierz. Słabiak z technologią może być co najwyżej dobry.
-Jest zdania, że całe społeczeństwo powinno być jak jeden organizm. Każdy powinien robić to w czym jest najlepszy i wszyscy powinni współpracować. Irytują go ludzi, którzy próbują robić coś do czego się nie nadają.


Rozliczenia PD:

klik
Powrót do góry Go down


avatar


Liczba postów : 3
Zobacz profil autora

PisanieTemat: Re: Henry Armstrong   Wto Wrz 26, 2017 3:06 pm

no chyba już wszystko gotowe.
Powrót do góry Go down


avatar


Liczba postów : 153
Zobacz profil autora

PisanieTemat: Re: Henry Armstrong   Sro Wrz 27, 2017 11:45 pm

Część Fabularna:

Henry Armstrong napisał:
Jako lekarz uratowała tysiące ludzi, leczyła setki tysięcy. Jej nikt nie potrafił uratować kiedy zaszła potrzeba. Zaraził ją jeden z pacjentów i po kilku dniach była martwa. Są procedury pewnie, ale wystarczy zła wstępna diagnoza i śmiertelnie chory pacjent zaraża. W pierwszej kolejności lekarza.
Pierwszy pada ratownik, potem pielęgniarki, a na końcu lekarze. Możesz się bawić w epidemie jeżeli chcesz, ale to nie tak działa.

Henry Armostrong napisał:
Wziął karabin wyborowy i długo celował, potem nacisnął spust i trafił przeciwnika w skrzydło.
Długie celowanie i trafny strzał? Ale o tym porozmawiamy później.

Henry Armostrong napisał:
Serafin się nie ruszał, leżał z otwartymi oczami, a lewe skrzydło miał wyraźnie strzaskane pociskiem ze snajperki. Henry spojrzał stworzeniu w oczy i zrozumiał, że żyje. Oko się poruszyło. Natychmiast zaczął strzelać, a przeciwnik rzucił się na niego. Z następnych kilku sekund pamięta niewiele. Strzelał, wiedział że trafia, ale to nic nie dawało, próba uchylenia się, ciężko powiedzieć przed czym, a potem ból pod lewym okiem. Celem było oko to wiedział na pewno, na szczęście unik je uratował. Następnie władował w przeciwnika resztę magazynka. Część strzałów był celna, widział rany. Nie ufał jednak pistoletowi, już raz go zawiódł. Na początku trafił przynajmniej 2 razy, był tego pewien, a jednak przeciwnika to nie powstrzymało i Henry prawie stracił oko. Zmienił więc magazynek i władował w stwora kolejny. Potem załadował ostatni, trzeci magazynek i schował broń. Zdjął z pleców Falcona i władował stworzeniu z bliska kulę w głowę. Sprawa była załatwiona, Falcon był bronią, która zabijała, natomiast tego pistolecika nie miał zamiaru więcej używać.
Nie mam słów. Ze wszystkich Widzących do roli niewzruszonej upadkiem z wysokości i postrzałami bestią wybrałeś akurat serafina? Serafini są najmniej wytrzymałą pod względem ciała rasą. Mają puste kości, dzięki którymi latają, przez co sam upadek z wysokości powinien zabić delikwenta tym bardziej, że to nie jest odległość stu metrów, a około dwustu, a czasami nawet trzystu. Nie ma możliwości by jeden z ptaszków to przeżył wliczając w to jeszcze strzały.

Henry Armstrong napisał:
Potrzebował broni zapasowej, każdy snajper jej potrzebuje, gdyż karabin wyborowy jest praktycznie bezużyteczny na krótkim dystansie. Tyle, że друг się do tego kompletnie nie nadawał. Potrzebował broni, która powstrzyma przeciwnika jednym strzałem. Od tej pory używał więc pistoletu Nagan.
Nie wiem co jest nie tak z pistoletem. Przedziurawienie na wylot takiej istotki nie znaczy że nie zabija. Wręcz przeciwnie, rany krwawią bardziej niż gdyby pocisk utkwił wewnątrz i samą swoją obecnością po części tamował krwotok. Rozumiem, że chcesz mieć wyjaśnienie preferowani innej broni, ale to nie tak, że tym drugim pistoletem zabijesz kogoś bardziej na śmierć.

Henry Armostrong napisał:
To co usłyszał na koniec go dobiło i utwierdziło w przekonaniu, że dobrze zrobił nie przystępując do Partii.
Jeżeli jesteś żołnierzem, to musisz być w Partii i naczej nie przysługują ci przywileje obywatela Rule, a z nimi się wiąże czip w ręce, który twoja postać również musi posiadać.

Henry Armostrong napisał:
Postanowił przemieszczać się po wzniesieniach, by widzieć na większą odległość i wypatrzyć odział. Po kilku godzinach udało mu się ich dogonić. Widział wyraźnie w odległości kilometra cztery osoby atakowane przez 4 ptaszyska. Żołnierze strzelali próbując się bronić, ale celność ich ostrzału była łagodnie mówiąc żadna, marnowali tylko amunicję, próbując trafić w daleki i szybki cel.
Z twoją szybkością i wytrzymałością zajęło by ci to trochę dłużej zważywszy na fakt, że nie wyruszyli kilka godzin wstecz, a pewnie dzień czy dwa.

Henry Armostrong napisał:
Po krótkiej obserwacji Armstrong zrozumiał, że Serafiny wcale nie atakują. Zapędzają za to swoje ofiary do wąwozu, zmuszając jednocześnie przeciwników do wystrzelania całej amunicji. Spanikowani ludzie najpewniej wkrótce to zrobią i będą całkowicie bezbronni.
Odczep się chłopie od Serafinów. To lekkoduchy, które niezbyt interesują się intrygami, do tego są świadome słabości swojego i ciała i wątpię by pchały się prosto w paszczę ludzi.

Henry Armostrong napisał:
Długo i starannie celował, po czym nacisnął spust. Nie przyglądał się efektowi swojej pracy, wiedział że trafił, a przeciwnik leci w dół. Zabił czy zranił, bez znaczenia, przeciwnik był wyeliminowany. Później dowiedział się, że szczęśliwie trafił prosto w serce.
Długie celowanie wbrew pozorom zmniejsza celność strzału. Przez celownik oko się męczy i zaczyna tracić ostrość już po trzech sekundach. Doświadczeni strzelcy nie wykonują tego błędu. Trafienie w serce to fajna sprawa, ale weź pod uwagę co ci mówiłam.

Henry Armostrong napisał:
Tak, w 10 metrowy wąwóz. Z Naganem wycelowanym w Runę, która w każdej sekundzie mogła spopielić wszystko w koło. Przezwisko Loco, nie bierze się z niczego...
Chociaż czy takie szalone jest to co się udaje? Nim uderzył o dno wąwozu oddał trzy strzały. W tym aż dwa celne, a z tej broni wystarczyłby najprawdopodobniej jeden. Runa zabita, ludzie uratowani, misja wykonana.
No tak, zostaje kwestia co z Henrym. Wielu ludzi spadając z 10 metrów stałoby się kalekami, albo nawet zmarło. Choć to zawsze zależy na co się upada i w jaki sposób, można się potknąć o własne nogi, uderzyć głową o beton i umrzeć. Można też spaść z kilkuset metrów na stóg siana i przeżyć. No chyba, że w stogu były widły...
Hola hola młody padawanie. Upadek z dziesięciu metrów może i nie skończyłby się dla niego śmiercią, ale zapewne złamanym i przemieszczonym żebrem, a na pewno długim stanem "zatkania" kiedy to mięśnie oddechowe są w szoku po upadku i człowiek nie jest w stanie oddychać. Żebra to delikatna konstrukcja, a upadek na miejsce ich wygięcia w najlepszym wypadku sprawi, że pękną w pół. Chociaż bardziej prawdopodobny jest scenariusz, że została z nich tylko miazga, a przynajmniej z części żeber właściwych i rzekomych.

Henry Armostrong napisał:
podlecą i zaatakują.

Jak już chcesz atakujących Serafinów, to nie wiem czy zdajesz sobie sprawę, że jeden ruch skrzydeł takiej ptaszynki wbije cię w ścianę podczas upadku i zrobi plamę? Niektórzy są w stanie nawet poruszać się z prędkością dźwięku. Człowiek z twoimi statami nie ma szans w starciu z kimś, kto włada powietrzem na tyle by odważyć się zaatakować oddział ludzi.

Henry Armostrong napisał:
Drugą "nagrodą" było przezwisko "Loco". Było z języka jakiego Armstrong nie znał, ale dowiedział się, że znaczy "szalony".
Inne języki wymarły już przeszło pięćset lat temu (czytaj dziennik), nie wiem czy jest prawdopodobne by ktoś z oddziału znał coś co jest dla nas jak wymowa języka Azteków.

Henry Armostrong napisał:
W kierunku gdzie uciekła Runa donoszono o aktywności Serafin, co mogło sugerować współprace. Jeśli różne stwory współpracują ze sobą to jest źle, bardzo źle.
Naprawdę, Widzący to nie brawurowe świry, które tak o sobie atakują posterunki. Jest ich mniej i działają jak partyzantka czekając aż ludzie wejdą na ich tereny, a nie pchają się d nich sami.

Henry Armostrong napisał:
Serafiny nie były groźne. Były słabe
Zdecyduj się, albo są słabe, albo wpakujesz w nie cały magazynek i nie umierają.

Henry Armostrong napisał:
Nie popiera wspomagania się technologią. Jest zdania, że ludzie powinni umieć radzić sobie bez niej. Powinna być rezerwą, swego rodzaju tajną bronią, po którą ludzie sięgną by zyskać przewagę w decydującym momencie. Dobry żołnierz wspomagany technologią to wspaniały żołnierz. Słabiak z technologią może być co najwyżej dobry.
Technologia jest jedyną szansą na wygranie walki z istotami, które władają światem, który ludzi otacza. Do tego, skoro jest takim przeciwnikiem broni, to po kiego używa snajperki, która ma wmontowany (jakby nie patrząc) celownik, który jest częściowo ortezą oka bo pozwala na ogromne przybliżenia i celowanie samo w sobie.

I jeszcze kilka pytań:
Gdzie był ten wąwóz?
Na którym posterunku to się wydarzyło? Masz mapę możesz to dokładnie opisać.
Dlaczego nie odmieniasz słowa Serafin? To rzeczownik męski.
Śpieszę z pomocą:
 

Tu masz linki do tematów, które najwyraźniej ominąłeś:
Rasy wczytaj się w charaktery wynikające z ras.
Dziennik Fabularny przeczytaj to po prostu.
Mapy - popatrz, może będzie o tę wiedzę mądrzejszy.

Historia nie przejdzie jest w niej zbyt dużo błędów, które świadczą o braku znajomości realiów forum, oraz momentami jest oderwana od rzeczywistości, co pozostawia niesmak.
W razie pytań pisz PW do konta Admina.



Iskra - Odpowiedzialna za ogarnianie MG, eventów, ogólnie rozgrywki związanej z fabułą i relacjami postaci.


Kamiru - Odpowiedzialny za ogarnianie WT i ogólnie części mechanicznej forum.
Powrót do góry Go down


avatar


Liczba postów : 153
Zobacz profil autora

PisanieTemat: Re: Henry Armstrong   Czw Wrz 28, 2017 1:25 am

Część mechaniczna:


Ode mnie nie ma rzeczy do poprawy, mechanika się zgadza.



Iskra - Odpowiedzialna za ogarnianie MG, eventów, ogólnie rozgrywki związanej z fabułą i relacjami postaci.


Kamiru - Odpowiedzialny za ogarnianie WT i ogólnie części mechanicznej forum.
Powrót do góry Go down
 
Henry Armstrong
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» Henry Williams - Magia Bezróżdżkowa
» Henry McCoy (Bestia)

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Proelium  :: Prolog :: Metryki-
Skocz do: